Denko cz. 2
Cześć:)
Dziś kontynuacja projektu denko. W tej części znajdą się produkty kolorowe, czytaj tusze do rzęs, a także produkty do pielęgnacji twarzy i masa próbek.
Zacznijmy od kolorówki. Jak już wspomniałam będą to tusze do rzęs, a także korektor.
Pierwszy tusz który wykorzystałam to kompletna klapa i porażka. Mowa to tuszu z Lovely Volume Maxinizer 3D. To chyba najgorszy tusz jaki kiedykolwiek miałam. Nie robi totalnie nic, a w dodatku masakrycznie się osypuje. Kolejnym minusem jest fakt, że bardzo szybko wysycha. Tusz ma tradycyjną szczoteczkę, która również nie zachwyca. Nie przywiązuję dużej wagi do rodzaju szczoteczki, ale ta to jakaś pomyłka. Używałam jej może dwa tygodnie i po tym czasie nie dało się jej więcej używać. Na szczęście kupiłam ją na promocji w Rossmannie dlatego rozczarowanie nie jest bardzo bolesne.
Kolejnym tuszem jest kultowy Maybelline The Colossal Volume 100% Black. Słyszłam o nim tak dużo pozytywnych opinii, że skuszona pobiegłam do drogerii. Tusz ma również tradycyjną szczoteczkę, która jest o wiele lepsza od tej z Lovely. Jest również fajnie wyprofilowana. Ma kształt banana. Dobrze rozdziela i wydłuża rzęsy lekko je pogrubiając. Jedyny problem jaki mam z tą maskarą to to, że mnie uczula. Po aplikacji oczy mi łzawią i pieką. To dyskwalifikuje jak dla mnie ten tusz. Szkoda bo daje naprawdę fajny efekt. Żałuję, że moje oczy tak na niego reagują.
Ostatni ale nie najgorszy jest tusz They`re real z Benefitu. Moja opinia powinna zakończyć się na stwierdzeniu, dlaczego on kosztuje aż 130 zł ?! Ten tusz robi wszystko czego oczekuję. Rzęsy są wydłużone, pogrubione a co najważniejsze utrzymuje się cały dzień nie osypując się i nie tworząc efektu pandy. Ja swoją 3 ml próbkę używałam ok. 2 miesiące i cały czas spisywał się znakomicie. Tusz ma silikonową, precyzyjną, ale dość dużą szczoteczkę. Jednak wydanie 130 zł na tusz którego będziemy używać 3 góra 4 miesiące to fanaberia. Być może przydarzy się okazja i mikołaj albo jakaś dobra duszyczka pomyśli, że to doskonały prezent 🙂
Wykorzystałam też korektor z Eveline Art Scenic. Wyrzucam go choć jest go jeszcze trochę dlatego, że jest dla mnie za ciemny, a poza tym wyleciał mi stoper, który zatrzymuje nadmiar produktu. Myślę, że jeszcze kiedyś się spotkamy ale w jaśniejszej wersji. przeczytacie o nim więcej tutaj.
Skończył się też płyn micelarny z Tołpy, o którym więcej możecie przeczytać tutaj.Jeśli znajdę go kiedyś na promocji być może się na niego skusze.
Tak znów skończyłam Alantan Dermoline. To chyba już trzecie opakowanie, ale naprawdę dobrze się u mnie sprawdza. Doczekał się również osobnego wpisu, który możecie zobaczyć tutaj.
Skończył się też krem do rąk, który już bardzo dawno kupiłam w Rossmannie i nosiłam go w torebce. Krem miał bardzo ładny zapach, lekką konsystencję, a co najważniejsze szybko się wchłania. Nie widziałam go ostatnio w Rossmannie, ale zamieniłam go próbką, którą znalazłam w beGlossy.
W pudełku do kosza znalazło się również serum z witaminą C. Szczerze mówiąc nie zużyłam go do końca, ponieważ skończył się jego data ważności. Bardzo przypadło mi do gustu. Skóra po nim była napięta i przyjemnie nawilżona. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać tutaj .
Zużyłam też próbkę kremu pod oczy z Yasumi. Znalazłam go w beGlossy. Po pierwsze próbka miała pojemność 5 ml, a wystarczył mi na dwa może trzy tygodnie. Myślę, że to nie przez jego niewydajność tylko było mało produktu w próbce. Nie zachwycił mnie dlatego myślę, że do nie wrócę.
Przejdźmy teraz do masy próbek, które zużyłam.
Na pierwszy rzut oka widzicie, że zużyłam aż cztery próbki podkładu z Vichy Teint Ideal w kolorze 25. bardzo podobał mi się efekt, który daje na twarzy. Bardzo ładnie odświeża cerę, rozświetla ją, a do tego ma lekkie do średniego krycie. Poważnie zastanawiam się nad kupnem pełnej pojemności, ale najpierw chce zużyć to co mam.
Do kosza wędruje również puste opakowanie po chusteczkach do demakijażu z PostQuam, które również znalazłam w beGlossy. Przyznam szczerze, że nie używałam ich do demakijażu twarzy, a jako chusteczki do przecierania dłoni podczas porannego makijażu. Chusteczki jak chusteczki, kosztują ok 25 zł i na pewno nie są warte swojej ceny.
Ostatnia partia próbek to maseczki do twarzy.
Pierwsza z nich pochodzi z drogerii DM i jest ot maseczka z miodem i mlekiem. Teoretycznie maseczkę powinno się zostawić do całkowitego wchłonięcia, ja jednak usuwałam ją płatkiem kosmetycznym po ok 20 minutach. Twarz jest przyjemnie miękka, ale przyznam szczerze, że nawilżenie mogłoby być większe.
Kolejna maseczka pochodzi z Oriflame Pure Skin. Dwuetapowy system oczyszczający skórę, który pomaga zminimalizować istniejące wypryski oraz zapobiega powstawaniu wągrów i niedoskonałości. W skład tego tajemniczego dwuetapowego systemu wchodzi scrub i maseczka głęboko oczyszczająca. Scrub ma niewielkie drobinki i nie ściera twarzy bardzo mocno co dla mnie było plusem bo nie lubię atakować twarzy peelingami grubo lub drobnoziarnistymi, zdecydowanie wolę te enzymatyczne. Oba produkty oparte są na kwasie salicylowym, który ma działanie oczyszczające i złuszczające, przeciwbakteryjne. Po oczyszczeniu twarzy nakładamy niebieską maseczkę. Ma bardzo intensywny mentolowy zapach. Po nałożeniu maseczka zastyga i lekko ściąga twarz. O czym warto wspomnieć maseczka bardzo ciężko się zmywa. Produkt bardzo fajnie odświeża skórę, oczyszcza ją i lekko napina.
Ostatnim produktem jest plasterek oczyszczający pory z Purederm. Więcej o tym produkcie znajdziecie tutaj.
Jestem dumna jeśli przebrnęliście przez obie części denka. Dajcie znać, czy miałyście któreś z tych produktów i co o nich sądzicie.
Pozdrawiam Annapoint 🙂

